Juliusz Kaden - Bandrowski "Bitwa pod Konarami" (Kraków 1915)

Spis treści:

1. Przejście I Brygady przez Nidę

2. Po drodze

3. Bitwa pod Konarami

4. Nabożeństwo po bitwie

5. Podwieczorek po bitwie pod Konarami

6. Grób Herwina

7. Śmierć Porucznika Fr. Grudzińskiego

8. Kwieciński, Daroca, Bagniewski

9. Rozkaz dzienny Brygadiera Piłsuskiego


Rozdział I: PRZEJŚCIE I BRYGADY PRZEZ NIDĘ



Potężne uderzenie pod Tarnowem i Gorlicami zatrzęsło całą rosyjską linią. Niby pierścienie stalowego węża skręcać się jęły i kurczyć jej zwoje, leżące wzdłuż olbrzymiego frontu od Litwy aż po Karpaty. Echo gwałtownego złamania dobiegło Nidy koło 10 maja, zaś 11 tegoż miesiąca w nocy opuścili Rosjanie swe pozycje, wykonując już w pierwszym dniu odwrotu przeszło 60 km marszu. Trudno opisać radość, jaka ogarnęła całą Brygadę na o rozkazach pościgu. Głośno się zrobiło wszędzie i wesoło jak we święta... Stojąc długo na jednym miejscu Brygada obrosła w siaki taki dobytek, w przerozmaite "mienie", na które w czasie pokoju nikt by nie spojrzał, które jednak w czasie wojny ceni się wysoko. Zaczęto więc ściśkać węzełki, upychać plecaki, ugniatać wozy, równocześnie, wczesnym rankiem, drogą przez wieś do rzeki poleciał naprzód szwadron kawalerji. Jeno się w słońcu mignęły ostre kanty szwoleżerskich kasków - a z podków iskry - jeno po sobie chmurę złocistą zostawili, a wśród chałup pogłos tętenu i szum... Tymczasem we wsi pośpiech się wzmagał i radość coraz większa. Na progu izby, tam i sam siedział młody strzelec i czyścił karabin, - do nowej robity, - na nowe kraje, światy, podboje... Nie wiadomo skąd wzięły się i znalazły na piersiach czerwono-białe kokardy, jakby je wyrwał ktoś niespodzianie z tęczy wiosennego słońca i pierś żołnierzy niemi przewiązał. Przemaszerowali saperzy, poważni, dumni, - mają budować most na Nidzie... Przed okopami ruch panował ogromny. Między naszym dość płaskim brzegiem i dawnym rosyjskim leżała Nida jak na aksamitach zieleni wstęga niebieska, białym sierpem fal haftowana. Opodal widniały grupki domów Pińczowa, zaś w lewo naprzeciw nas, surowy skłon góry Skowronnej, przeciętej żółtemi listwami okopów rosyjskich. Od miasta drogą aż ku rzecze ciągnęli ustawicznie rozmaici ludziska, pieszo, na furach, z dziećmi, z tobołkami na plecach, odcięci losem wojny od reszty swoich i dziś mający się z nimi połączyć. Na naszym brzegu uwijali się żołnierze, kończąc przygotowania do wymarszu... A środkiem gościńca szło kilku wesołych strzelców w opasaniu wieńców sośniny, zaś jeden z nich niósł kwiaty na mogiłę towarzysza, który kilka dni temu padł na tamtym brzegu. Inni przed rozstaniem ozdabiali kwiatami tych parę krzyży, któreśmy tu po sobie zostawili. Ciecze z nich jeszcze zażywny sok poranionego drzewa... Cały widomy szacunek, jakim można było ten cmentarz otoczyć, to drut kolczasty. Lecz któż może teraz myśleć o kwiatach na mogile drutem okopów wiązanej i czy zgłębia kto granicę życia-śmierci, jaka się waży w ręku młodego strzelca, gdy - nim naprzód ruszy - kwiaty na groby sypie radośnie i krzyże na nich utwierdzaś... Nim naprzód ruszy, na nowe kraje, światy i podboje... Minęliśmy sieć ostatnich naszych odrutowań i łąką poszarpaną przez granaty ruszyliśmy ku rzece. Po obu jej stronach czerniły się już tęgie pale i kozły przyszłego mostu. W jasnem słońcu pod wiosennym rozpędem niebiosów wyglądali półnadzy saperzy, niby jakieś cudaczne różowo-niebieskie ważki ogromne, z których długimi blaskami ściska srebro... Przez brody wciąż przechodziła ludnośc, ciężko objuczona. Doprawdy, że w całym obrazie, w tej żołnierskiej robocie przy moście, w radości tych brnących przez rzekę biedaków, co wielką swą nędzę niosą w małym węzełku, w tej pogodzie i czystości powietrza przeogromnej - było coś biblijnego... Aż nagle tuż przy moście, pierwsze swe kroki w rzece stawiającym - dopadł nas śpiew potężny... Właśnie słońce zachodziło - pierwsze bataliony Brygady zbliżały się, by przejść brodem. Żołnierze szli na tle bezmiernej czerwieni, niby czarna emalia, wlewająca się w krąg mosiężnej tarczy... Szli w kurzu, w głosie pieśni, w promieniach słońca, jak w blasku krwawej sławy... Echo śpiewu zawładło lasem, płynąc zeń w sutych szarfach ku rzece. Że zadawać się mogło - ten marsz uparty, na nowe kraje, światy, podboje, napełnił łuną czerwoną cały widnokrąg... Ten śpiew radosny wydobył z rzeki mgły ogromnego marzenia... Że zdawać się mogło, spełnia się tu jedyne przysłowie młodości polskiej i potęgi z zachodu na wschód... Drugiego dnia rano podeszły do przeprawy wczesnym rankiem pozostałe oddziały Brygady. Most nie był jeszcze gotów. Nadciągające bataliony rozkładały się w słońcu na trawie. Pogoda była cudna, lekki wiatr brał radość szeregów na gładkie swe loty i kołysał. Wydano rozkaz, by piechota przeszła po belkach niedokończonego mostu. Powoli wielkie masy przewalać się jęły przez srebrną lamę rzeki i niby pojedyncze niebieskie paciorki skupiać w prostokąt kolumny. I przez łąkę... Pod konnymi błyskawice podków, nad piechotą srebrny rzut lufy, majonej czeremchą... Szliśmy niczem rozkwit jakowyś niespodziany na nowe kraje, - światy... Chyłkiem nawiedziła mnie prosta myśl, że wielu z nas nie wróci, że śmierć z nami idzie też, że się kołysze w kwiatach białych, wyciąga w lufach i błyska w rozradowanem spojrzeniu... Więc któreż to oczy już Nidy nigdy więcej nie ujrzą, więc kto z nas wróci do dom w krwawe postrojny laury, a kto dświga śmierć, - gdy wszyscy niosą młodość, broń i kwiatyś... Hen, - przed nami wspinając się na strome skłony Skowronnej, szedł Piłsudski... Puste okopy Skowronnej otaczała woń złowroga. Ziemia tu wszędzie strasznie spryskana żelazem, odłamy jego co krok sterczą z ziemi, potargane, wystrzępione, skręcone ogniem, rzekłbyś strzępy skrzydeł piekielnego ptaka, który niechże już nigdy tu nie wraca... W pustych okopach zostawiono mnóstwo naboi, ładowinic, starej odzieży, szmat i łachmanów. Nędza wydziera zewsząd i srogie opuszczenie. Ale widok się stąd rozściela na ziemię najdroższa!... Wiatr przeciąga cicho w pustych korytarzach, oddarte drzwi kłapią przed ziemianką, zwitki gazy opatrunkowej niczem białe cieniutkie glizdy wiją się na tym opuszczonym śmietniku śmierci... W kącie kilka prawosławnych krzyży z ramieniem na jedną przekrzywionem stronę. Ale widok się stąd rozściela na ziemię w zielonych falach dojrzewania rozkołysaną, na wsie utopione w tęczowej pianie wszystkich kwiatów wiosny, na zadumaną straż przydrożnych wierzb i na drogi... Te drogi wiodą nas tam, gdzie kwitną ametysty oddalenia, tam gdzie się rozwinąć mamy w ognistą falę walki...

Rozdział II: PO DRODZE



Idziemy, idziemy - idziemy przez wielkie jeziora młodego słońca na łąkach, przez niebieski szal cienia, którym podpasane są świerkowe lasy, między wsiami z których wita nas wonność i lekkość i ściele się pod nogi białym puchem kwitnących drzew owocowych. Owocu, słodki owocu życia! Idziemy, idziemy, mijająć jakieś folwarki na Amen zaśnięte w zapachu jaśminów i bzów, po całej ziemi, jak okiem sięgnąć leją się złoto-białe, złoto-zielone, złoto-cudne fale młodego zboża. A nad falą zboża płynie fala naszego śpiewu, a w fali zboża i pieśni jednym, jedynym nurtem spływa - Ojczyzna... Owocu, słodki owocu życia! Z grząskich dróg podnosi się złoty, sypki kurz i tak jest gorąco, - tak uroczyście, jakby to wszystkich walecznych ojców sława i przeszłość na ów proch złoty starta - towarzyszyła synom... Idziemy, idziemy, mijając żórawie studzienne i płoty plecione odwiecznym chwytem Piasta i wrota szerokie, jak akt pojednania... Na karabinach czeremcha, na czapkach jaśmin, w koszu srebrnej gardy różowy bez... Idziemy, jak najświeższych, najprostszych kwiatów ziemi powstanie... Synu jedny, owocu, słodki owocu życia!... Znużenie się ku nam z fioletowych rowów przydrożnych uśmiecha ogromne, skwar mąci oczy i upija... Nieznana przyszłości skrzy się i błyska na jasnych oddalach horyzontu... Mleko zimne w chropawych kubkach glinianych, - woda w brunatnem drzewie konwi, - młyn taśmy strumienia marszczący, - rozwarte objęcie twardych ramion wiatraka... Na niebie nieustające szczęście pogody, na ziemi niestrudzony krok marszu... Owocu, słodki owocu życia! Przyszliśmy na odpoczynek. Wspaniały jakiś dwór, - teatrum świetności i dumy, wielkie fasady szczerbem podarte i obrzucone starym tłustym barokiem, - związuje na węzeł wielka, wyniosła brama. Nad nią herby dawnych panów, bezpańskie dziś... Nikt nie wie, kto zacz byli i w księgach o nich niema parafialnych, bo spłonęły i ludzie już nie wiedzą, drzewa zaś ręką magnatów sadzone - nie pamiętają. Po bokach każdej fasady, niby pięść władna i zaborcza - tęga kopuła, jakby w irchowej rękawicy, kryta blachą, po której miękkim śladem szarości i zgryzoty snuje się śniedś. Arjanie pono się tu kiedyś zgromadzali. Podobno Arjan jeszcze pamiętają chmurny łuk arkad renesansowych, patrzący po drugiej stronie pałacu na gazon i dwa w starym bronzie szuwarów zamknięte stawy. Bielony, zimny korytarz... W kącie czernieje krzesło jak kleks. Po starych kamieniach dświęczą ostrogi i skrzypi żwir... Izby przepyszne, pańskie i prawie puste. W rogu, niby olbrzymia wieża szachowa, piec z gdańskich kafli. W budurze stare fortepiano. Na sali recepcyjnej we wielkim karle siedzi Brygadier Piłsudski, rzekłbyś - dawny, surowy wielmoża, czy generał mohortowskich czasów. Przed nim za balaskami pałacu w złocie powietrza i w czarach wiosennej zieleni mija niebieska kolumna i śpiew: Jeszcze Polska nie zginęła... A potem: - Niech żyje Piłsudski!!! W pałacu pełno oficerów, na kamieniach przedsionka chrzęst żwiru i trzask szabel, na balkonie stoją siwe mundury, w izbie jednej i drugiej i disiątej dświęczy głos ostróg... Zaś w starej alei lipowej... Słodki owocu życia!... W starej alei lipowej szum i tchnienie odwieczne i bliskie... Jakby ci, co sto lat temu odeszli i ostatni dświęk rzucili w fortepiano i meldunek tu przyjęli ostatni, - te generały w łososiowych rajtuzach, te oficer w ciężkich epoletach - jakby tu gdzieś zostawili niemylny ślad, za którym idzie srogi i łaskawy Brygadjer, trzcinką trzepiący kurz z butów na wielkiem, jak łódś, krzesłe... U wrót pałacu mijają wciaz oddziały, zaś u żelaznych krat bramy stoi... - nie znamy cię z nazwiska, a tak dobrze cię znamy z serca, - stoi siwa pani w leciech podeszłych, czarno ubrana... Rezydentka, czy właścicielka i nie wiadomo już, czy właścicelka tu, czy tylko sługa... Przez łzy zaprasza na poczęstunek, pół płacze, pół śmieje, błogosławi, ubolewa i zachęca... Synu jedyny, owocu! Słodki owocu życia! Miejscowość ta nazywa się śladków duży. Na drugi dzień maszerujemy dalej w nieustającej radości! Nie uciekaj nieprzyjacielu, worki ci popękają po drodze, owies gubisz, złotymi paciorkami owsa ślad swój znaczysz... Idziemy w kwiatach, skrzydłach, głosach, pieśniach, łagodni ludzie... Nie uciekaj nieprzyjacielu, bądście cierpliwi, - na karabinach czremcha... Ha ha ha!!! Pod wieczór przez tę wszystką nieopowiedzianą i niewyśpiewaną krasę przyszliśmy przed dworek malusi do agrestu i porzyczek przycupnięty. Krajem wyskubanego klombu zajechaliśmy przed cichą werandę. We dworze małość i jakowaś pokora wielkiej cierpliwości i głębokiego wytrzymania... Przyjęły nas dwie panie starsze wiekiem, skrzętne, wystraszone a mile ceremonialne. Jedna z nich - ta sama, co wczoraj u żelaznych balasków pałacu niebieską kolumnę piechoty błogosławiącąś... Ta sama, co na ulicach odzyskanego Pińczowa nagle skrzyżowała ręceś Ta sama czarno ubrana, co gdzieś czeka pod Wilnem na małej stacji kolei w chmurny dzieńś Ta sama, co zbiera jakąś składkę odwieczną pod gotyckiem sklepieniem w krakowskiej ziemiś... Ta sama, co wczoraj i kilkadziesiąt lat temu, dama siwowłosa, pytała każdego z nas o nazwisko... Dwór był, jak z powieści Orzeszkowej, czy Rodziewiczównej, skromny, mały dworek, który sobie przysięgał, że przetrwa... Doczekał się nas i podjął nas najlepszym, kochamnym swym stylem, - zacierki na mleku, chleb z masłem, jajka sadzone i rozmowa i szacunek... Myśmy całe morze słomy nawalili do saloniku, hafty i wszystkie robótkowe starannosci na bok zgarnęli, bo przed oknami huczał grzmot przejazdu armat, słońce zachodziło pod niebem, jak aksamit miękkim i wichrzył się twardy okrzyk piechoty: Niech żyje Piłsudski! Miejscowość ta nazywa się Sieczków. Pogodo, pogodo, cicha nocy i pełny nasz dniu, dobre słońce i ziemio przychylna, idziemy, idziemy, idziemy w złotym kurzu, kwiatach białych i zieloności!... Wszystko żelaziwo skrzypi, trzeszczy i tętni a krok piechoty bije równo jak puls tej ziemi, jak serce je żywe, jak głos sumienia tego kraju... A o tym dworze pańskim, wymuskanym i cacanym, jak się nazywał pamiętać nie warto, - gdzieśmy zajechali pełni wielkiej radości, - szarże pobiegły się golić i myć pod studnię, by się damom godnie przedstawić, a damy się pochowały, jak w kiepskim pasjansie, - i nie wyszły... Panowie, niby stare nadęte fagasy za krzesłem oficerskim stali, nie chcąc kompromitować swego imienia przy stole polskich wojskowych. O tym dworze wspominać nie warto, gdzie siana, owsa, jadła było wbród, - a tylko serca nic... Tylko co warto pamiętać, to że się tam pod parkanem żołnierze nasi i lud przed obrazem na śpiewy majowe zebrali. Przed świętością niewinną płynęła litania, chwiał się obraz w gałęziach i światłach, jakby zaraz w niebo miał ulecieć... Dziewczęta klęczały obok tych, którym bitwa i śmierć była bliska... Więc jakby w kąt tego parkanu schroniły się i wpłynęły - wiara i siła, rycerstwo i miłość, siwe mundury i białe szmateczki chustek, śpiew, światło i zieleń wonna. A stąd poniósł nas już krwawy wir bitwy. Wiem, żem pod złamaną tarczą księżyca w huku armat i słodkim śpiewie słowików, wyszedł gdzieś na mostek szwajcarski od połowy zniszczony i spalony. Ogród chłodził się w blaskach a u poranionych stóp mostu leżało dzikie zniszczenie i chwast... Wiem, żem gdzieś na podwórzu stanął, widząc jak na starych, malowanych saniach, pogrążonych w szemrzącej fali słomy, bawią się dzieci. Niby jasnowłose amory jadą saniami po słomie, jej śdśbła jak nici złote wiążą - a nikt przecie tych nici nie zwiąże i gdzież pojedzie ta bajka amorów pełna i słonecznego wątku saniami przez pola krwaweś... Wiem, żem szedł przez dwór pełen życia i wszystkiego dostatku a ruina i pożar sądzone były wszystkim jego ścianom. Bateria biła tuż za oknem, a pani czarno ubrana wybierała łyżką masło na liść zielony dla uciekających dzieci. Wiem, żem minął dwór inny, - noc zapadła a ogień i zgiełk bitwy rósł... Ludzie wszystkie rzeczy z dworu wynieśli na ogród. W pośrodku klombu stał jakby monument żałości, czy grób. Z grobu tego lira kwitła czarna, w giętkie rozwarte swe ramiona łapiąca gwiazdy krwawego nieba nocy. Zoczyłem, że to jest fortepian i lira jego pedałów. Od jasnych okienek dworu - po klombie, z szelestem trawy szła siwa dama w powłóczystej odzieży, cień swój rzucając na lirę i gwiazdy nią objęte. Synu jedyny, owocu słodki owocu życia!

Rozdział III: BITWA POD KONARAMI



Po kilku dniach forsownego marszu od przejscia Nidy zatrzymała I brygadę pod Konarami właśnie rozwijająca się bitwa. Kolumny nasze stanęły za wzgórzem. Gęsto już świszczały nad lasem Płaczkowic szrapnele, wyraśnie już było słychać strzelaninę karabinową na skrzydłąch, gdy dogasać jęły ostatnie rytmy naszego marszu. Ustawał śpiew, który szedł nad oddziałami przez tyle wsi. łanów i pól, rwało się echo trąbki, aż zamilkła zupełnie. Powoli spadały kłęby kurzu, osnuwające piechotę. Ze wzgórza, pod którem zatrzymały się kolumny, widać było cały teren przyszłej bitwy. Młode wiosenne słońce paliło z góry, kładąc siwo-niebieskie cienie między płową falę zbóż, toczących się po skłonach. Na wprost Konar, obrzeżony bystrym szlakiem piasku, widniał folwark Przepiórów, schowany pół na pół w gęstym kłębie zieleni starych drzew. Nikt jeszcze wówczas nie przypuszczał, że pod murami tego spokojnego folwarku przejdzie drugi pułk I brygady próbę wielkiego bohaterstwa i bezprzykładnej wytrzymałości. Na prawo od Przepiórowa zielenił się las Płaczkowicki, który w tej chwili napełniały łomotem szrapnele, a w którym walczyły na przemian pułki armii, nasz V batalion, Rosjanie, honwedzi, zaś w danym momencie nawet baterje I brygady, straszliwem swem veto wstrzymujące nawał rosyjskej piechoty. Dalej za wąwozami biegł lesiste wzgórza i odkryta łysina pagórka numer 282 wedle mapy. Nikt też jeszcze nie przypuszczał, że wzgórze owo, leżące przed Kozinkiem, niby klucz zwycięstwa, wyrywać sobie będą walczące strony, płacąc zań sowicie krwią. Że tam trzeci batalion I pułku jeszcze raz postawi się w najcięższej chwili, jak stara, niezawodna gwardia. Z za wzgórz i chałup i wsi - z poza rozpędzonej fali sandomierskich pól widniały mury Włostowa. Teren, który rozciągał się przed nami, pełen wzniesień i zagłębień, wąwozów i niedostrzeżonych przejść obiecywał walkę trudną i zawiłą. Brygadjer Piłsudski i szef sztabu Sosnowski stali na wzgórzach konarskich, gdy opodal w pędzie zajechała artylerja austryjacka, by wspomagać drugą, usadowioną niżej przed Wolą Konarską. Co raz z sypkiego gruntu wyrywały się w górę ciemne kłęby zrytej ziemi, coraz na czystem niebie ukazywały się białe puchy szrapneli. Spokojną okolicę coraz silniej napełniać jęła walka. Powoli sączyć się jęły w różne strony cienkie linie telefoniczne, ludność miejscowa znikła, jakby pod ziemię się zapadła, cisza oprzędła chaty, a ogień huczał na polach. Wedle otrzymanej dyspozycji pierwszy pułk pod pułkownikiem śmigłym miał atakować na północny wschód od Konar położoną wieś Grabinę, pułk drugi pod komendą majora Berbeckiego miał szturmować przez Swojków na Włostów, Artylerja nasza, prowadzona przez kapitana śniadowskiego, V-tą baterją zajmuje pozycje na skraju lasu, skąd miał też iść atak na Beradś i Grabinę. IV baterja zajmuje pozycje w Konarach. Piechota drugiego pułku, niby siny, stalowy wąż, wciskać się poczęła między pola i wąwozy. Rozfalowany teren uprzystępniał posuwanie się naprzód szybkimi, zdecydowanymi ruchami ku tej stronie, z której trzeszczał ogień nieprzyjacielski. Na skraju lasu Płaczkowic, na prawo od drogi rozwinął się batalion drugi II pułku pod kapitanem Ludwikiem, na lewo batalion pierwszy tegoż pułku pod kapitanem Sławem. Oba te bataliony miały wziąć front między pułkami armii, z których jeden stał na prawem skrzydle w okolicy Beradzia i Kozinka, drugi zaś wysunięty był naprzód, poza terenem zajmowanym przez nasz II pułk na skrzydle lewem. Młodziutka nasza piechota miała więc za zadanie skrzydłami rozwijającego się w coraz większym ogniu frontu - wyczuć krańce tamtych pułków, związać się z nimi i uderzyć naprzód, prowadząc frontalny atak na umocnione pozycje nieprzyjaciela. Batalion pierwszy II pułku, doszedłszy do wylotu drogi Płaczkowic, napadnięty silnym ogniem artylerji, rozwinął się szeroko, dwie kompanie rozciągając w pierwszej lini, dwie luśno rozwinięte, trzymając w rezerwie. Tutaj już poniósł ów batalion silne straty i zatrzymał się na lini skrzyżowania dróg obok dwóch wiatraków przy Beradziu. Tymczasem drugi batalion II pułku, otrzymawszy dyspozycję demonstrowania ataku na wieś Małżyn doskonale prowadzonemi tyralierami posuwał się w tę stronę. Podczas gdy II batalion, ponosząc znaczne straty od artylerji, zajął swe pozycje, I batalion skoncentrował się, jak gdyby na etapowym punkcie ataku, we wsi Garbowice. Sytuacja na skrzydłach i logika coraz bardziej rozwijającego się ataku sprowadziła, jakgdyby sama przez się, podział pracy w postępowaniu obu batalionów. Batalion pierwszy kierował rozwinięte swe łańcuchy na Swojków, a równocześnie rozmachem swym porywał naprzód skrzydło - stojącego w lewo od batalionu - pułku armii. Batalion drugi zapadł się w ziemię i gdy tamten był mieczem ataku, ten został jego tarczą, trzymając się dzielnie pod wścekłym ogniem artylerji. Cała przestrzeń od Przepiórowa, Małżyna aż za Swojków i Włostów objęta była ogniem. Linie tyralierów pierwszego batalionu II pułku szły ustawicznie naprzód, a działo się to tak szybko, stanowczo i zręcznie, że nieprzyjaciel nie mógł uchwycić celu. Pierwsza kompania I batalionu, wyszedłszy na oznaczoną pozycję, dostałą się pod ogień szrapneli, karabinów maszynowych od strony wsi Słoptowa. Wówczas atak całej naszej lini rozpędził się z odległości 600 kroków. Skoczyły naprzód łańcuchy strzelców, słońce mając poza sobą. W rozpędzie tym, pełnym niebywałego temperamentu i straszliwej piękności, zdobył porucznik Tunguz ze swym plutonem oddział karabinów maszynowych (2 karabiny maszynowe, 38 ludzi obsługi). Równocześnie trzecia kompania I batalionu poparła atak na całe wzgórze, osiągając skrzyżowanie dróg w Kaczycach. W tym samym kierunku zdążałą również kompania czwarta. Koło godziny szóstej po południu atak był w najlepszym rozwoju. Należało jedno czuwać, by rozpędzona w szturmie linia nie pogięła się i nie straciła swej spoistości. Major Berbecki zaradził temu, łącząc prawe skrzydło pierwszego batalionu kompanią por. Rybarskiego. Cały ten atak popierała znakomicie od strony Przepiórowa V-ta baterja naszej artylerji pod komendą por. Boruckiego. Robotę jej gwałtowną i stanowczą rozróżnić można było z łatwością po rzutkości i zajadłej energii z jaką ogień był prowadzony. W pewnym momencie tego ataku artylerja nasza znakomicie poparła batalion pierwszy, waląc celnemi salwami w gęste masy piechoty rosyjskiej, które wyroiły się kolumnami z zapalonego Małżyna, by zgnieść flankowym atakiem prawe skrzydło szturmującego batalionu. Kolumny te wziął ogień naszej artylerji w obroty, krusząc je, kupy bezładne z nich czyniąc i pędząc w tył. Ze względu na instancje sąsiadującego z pierwszym batalionem na lewo pułkownika armii, ruszył I-szy batalion bagnetem. Zmierzchało już, gdy rozpoczęto atak na Włostów. Spokojny przed kilkoma godzinami krajobraz przemienił się był tymczasem w jakieś szaleństwo zniszczenia. W świetle zachodu słońca łany zboża czerwieniły się, jak gdyby każdy kłos był umaczany we krwi. Pogodną przestrzeń nieba wypełniał ryk armat wspomagających piecotę, zwłaszcza, że równocześnie dziesięć baterji przygotowało I pułkowi swym ogniem atak na wieś Grabinę. Dokoło wznosiły się olbrzymie czarne słupy dymu płonących wsi i niby złote miecze tnące w jedno miejsce, splątane gęstwy jasnych płomieni. Atak na Swojków miała prowadzić czwarta kompania I batalionu II pułku z plutonem drugim kompani drugiej. Inne plutony tej kompani z karabinami maszynowymi stanowiły prawe skrzydło, trzecia kompania lewe. Porucznik Aleksandrowicz-Kostek, komendant III-ej kompani, napotkawszy na trakcie ataku głęboki rów pomiędzy folwarkiem i wsią zmienił front, otoczył wieś, zmusił Rosjan do odwrotu, zabierając 54 jeńców do niewoli. Tu, w pościgu za Rosjanami wystąpił po raz pierwszy oddział karabinów maszynowych pod komendą poucznika Rokity, zasypując Moskalistraszeni "wstęgami" swej broni. Podczas gdy II pułk I brygady sprzęgnąwszy sobą sąsiadujące pułki armii otworzył im drogę do szosy (patrole I batalionu II pułku doszły aż do Włostowa), podczas gdy póxniej w nocy wśród gradu kul ustalał linię i umacniał łączność poszczególnych jednostek bojowych, pułk pierwszy pod komendą podpułkownika śmigłego szedł na północny wschód od Przepiórowa na Grabinę. W tej części frontu znajdował się Brygadjer Piłsudski i szef sztabu Sosnkowski. Punkt, który zajęła naczelna komenda brygady był punktem, o który w dalszym przebiegu tej bitwy najkrwawsze toczyły się walki. Wzgórze to i sąsiadujący z niem las kozinkowski stanowiły oś całej pozycji. Po obu stronach tego miejsca w ciągu następnych dni przeginały się krwawiące skrzydła bitwy, samo zaś ono stało się jednym wielkim grobem, nad którym krakały wrony i pryskał grad żelaza. W momencie, w którym komendant główny znalazł się na tym odcinku, silny ogień karabinowy przeszywał cały las. Widać stąd było cały front zapalony walką, jak grążył się w krwawym rudym odmęcie. Noc szła. Powoli zlewały się w jedną masę łany zbóż, wzgórza i oddale. Pożary, niczem ogromne środła jasnej, błyszczącej krwi, biły w niebo... Pierwszy pułk wąwozami podstępował już pod Grabinę. Wkrótce już legła nasza piechota na 200 kroków przed okopami nieprzyjaciela, zdecydowana do rzutu, któryby strzaskał opór piechoty rosyjskej i zajął jej linię. O godz 9.30 wieczorem przyszedł rozkaz wstrzymania ataku. Wobec tego ku wielkiemu żalowi batalionów cofnięto się. Tymczasem II pułk w rozpędzie swym doszedł patrolami I batalionu aż do Włostowa, to znaczy osiągnął szosę Opatów-Sandomierz, której w bitwie tego dnia bronili Rosjanie. W nocy z 16-go na 17-go komenda pułku II musiała była ustalić linię. Kto był w szturmie, rozpoczętym za dnia, a prowadzonym dalej w nocy, ten wie, jak trudną jest rzeczą ustalenie łączności, zwłaszcza wśród coraz to silniejszego naporu nieprzyjaciela któremu nadchodzą posiłki. Z powodu bardzo zdecydowanej postawy naszego ataku - Rosjanie wydzielali te posiłki z wojsk, ogromną falą idących na inny front, czem, ma się rozumieć, musieli osłabić nakazaną sobie koncentrację. Major Berbecki, z pomocą adjutanta II pułku por. Toporczyka wykonał doskonal swe zadanie, ściągając i wyrównując front na lini od Kaczyc aż do wiatraku przed Grobowicami. Linię tę trzymano aż do godz, 2 popołudniu dnia następnego, w którym to czasie ze względu na sytuację ogólną trzeba się było cofnąć. Odwrotu tego dokonano z niezwykłą zręcznością w piekielnym ogniu artylerji. Już palił się wiatrak, płonęły też Garbowice. Sciśle rzecz biorąc, w tym straszliwym trzasku karabinów, wybuchających ekrazytówek i ustawicznym ogniu armatnim wszelka komenda faktyczna musiałaby stracić swą siłe, działał tu ogólny plan, kierunek i te właściwości bojowe, które stanowią o charakterze doskonałego żołnierza. Kompanie wycofywały się w szyku całkiem luśnym, w którym ustaje już wszelka formalistyka, a wchodzi w gre pewne poczucie się żołnierza w danym oddziale. Ogień był tak gęsty, że rozrzucone kompanie, plutony, sekcje, i poszczególni ludzie szli jakby nieregularną siecią niebieskich cieni przez zboża wyzłocone słońcem, a nad którymi kotłowała się chmura ognia. Ogień ten byłby może znacznie pogruchotał naszą piechotę, możeby rozerwał misterną sieć, którą wiązały najlepsze cnoty żołnierskie, gdyby nie nasza artylerja. Z niezmiernem ryzykiem, wypatrzywszy 7 armat polowych nieprzyjacielskich na otwartej pozycji, dopadła je ogniem i zatrzymała ich pościg ogniowy, właśnie wtedy, gdy rezerwy II pułku dochodziły już do Przepiórowa. Tegoż dnia nowe sytuacje na innych odcinkach frontu przyczyniły się do dalszego rozdzielenia sił I brygady, które z ręki Piłsudskiego szły na linię, obejmując te jej punkty, na których spodziewano się najtwardszego oporu. Batalion V przeszedł do wsi Pokrzywianka, skąd miał atakować wzgórza sąsiednie. Batalion VI odkomenderowano do sąsiedniej dywizji. Batalion V pod komendą ś.p. kapitana Herwina został na razie odwołany, zaś w nocy z dnia 18 na 19 maja trwał w ustawicznem pogotowiu. Następnego dnia, t.j. 19 maja ruszył ów batalion, właśnie na nową zagrożoną pozycję, będącą kluczem całego frontu, a z której 16-go wychodził atak I pułku na Grabinę. Razem z V batalionem atakować miał batalion pułku armii. Wspomagane 8 baterji wyrzucić miały Rosjan ze wzgórza i zająć przestrzeń Płaczkowice-Kozinek. Atak ten wymagał bardzo silnego ubezpieczenia z prawej strony ze względu na wzgórze, z którego nie można było dopuścić żadnego flankowania. Ówczesny komendant V batalionu kapitan Herwin w następujący sposób uszykował oddział swój do ataku: czwarta kompania atakuje wieś Kozinek, pierwsza i trzecia prą z centrum, kompania druga wykonuje ruch oskrzydlający z prawego naszego skrzydła na lewe nieprzyjaciela. Atak rozpoczął się już w dużym ogniu rosyjskiej piechoty. Linie nasze poszły falami wzniesień, w skwarze i znoju, znacząc swą drogę rannymi aż do Kozinka. Wobec tego, że batalion otrzymywał już ogień z flanki w prawy bok, część trzymała się w Kozinku wsi, nie mogąc ostatecznie utrzymać wysuniętej naprzód pozycji. Koło południa części V batalionu zaczęły się ostrożnie wycofywać w kierunku wzgórza, gdzie jeszcze stawiały opór przeważającym siłom nieprzyjacielskim. W boju tym po południu padł śmiertelnie ranny komendant batalionu kapitan Herwin. Koło wieczora sytuacja na wzgórzach tych przed Kozinkiem wydawała się beznadziejną. V batalion, otrzymawszy odnośne rozkazy, cofał się już na linię rzeczki Pokrzywianki. Wówczas po raz drugi odznaczyła się artylerja nasza pod komenda kapitana śniadowskiego, z otwartych pozycji z 1200 kroków od nieprzyjaciela bijąca na linię Płaczkowice - Kozinek najpierw szrapnelami, gdy tych zabrakło - granatami aż do ostatniego naboju. Batalion V ciężko w tych bojach skrwawiony, odstępując zdołał jeszcze zabrać kilkudziesięciu Rosjan do niewoli. Tego samego dnia przystąpił do akcji batalion III, obsadziwszy pozycje na lewo od wzgórz kozinkowskich w Woli Konarskiej. Temu właśnie batalionowi przypadła w dniach następnych cieżka misja utrzymania najważniejszej pozycji. Batalion III 20 maja zajął pozycje na północny zachód od wzgórza, należącego do najbardziej zagrożonych, trzema kompaniami. Kompanię, znajdującą się na lewym skrzydle przed wsią Kozinkiem, ściągnięto i obsadzono jej pozycję V batalionem. Dnia 21 maja rozpoczyna wczesnym rankiem walkę druga kompania V batalionu, która na podstawie mylnego meldunku atakuje jeszcze raz okopy przed Kozinkiem i samą wieś. Kompania ta, tracąc swego dowódcę por. Sarmata, zostaje odparta, a równocześnie ogień obejmuje walczące linie na całej ich długości. Niepodobna oddać wrażenia, jakie sprawia to nieustające pytlowanie ognia karabinowego, przeraśliwe, jakby prucie się powietrza w salwach, to znów niby potworna czkawka - strzelanie paczkami. I znów normuje to wszystko równy trzask karabinów maszynowych. Koło godz. 3 po południu przyszedł do podpułkownika śmigłego meldunek o grupowaniu się nieprzyjaciela w kotlinie folwarku Beradż. Skierowano tam ogień naszej artlerji. W godzinę póśniej ryczeć poczęła artylerja rosyjska, godząc w zachodni cypel pozycji naszej ciężkimi działami. Ogień ten koło godziny 5.30 po południu ucichł, jak przycicha zwykle przed atakiem. Rozpoczał się też on wkrótce z ogromną futją prowadzony przez Rosjan, a złamany został przez III batalion na najbliższych dystansach karabinowego ognia. Trzeci batalion trzymał się świetnie na swej pozycji, poza obrębem jednak batalionu oraz szeregów batalionu V-go lewe skrzydło zostało złamane. Po zajęciu przez Rosjan Płaczkowic, wycofuje się piąty batalion, przedłużający lewe skrzydło batalionu trzeciego, który zostaje osamotniony. Smierć mu się sypie w oczy, z obu stron gniotą szare linie kolumn rosyjskich, las trzeszczy, jęczy od wystrzałów. Lewe skrzydło ochrania sobie III batalion jednym plutonem, gdy oto pokazuje się, że i prawe zawisło w powietrzu. Wtedy dopiero rozkazał podpułkownik śmigły stopniowy odwrót, wyciągając kompanie z lini. Dwie z nich, lewoskrzydłowe walczyły podczas odwrotu z nieprzyjacielem z odległości 30 kroków. Następująca po tych walkach noc nie daje odpoczynku, a 22 maja w południe zaczyna wraz z pułkiem świeżo przybyłych honwedów atakować znów III batalion. Kierunek główny szturmu wypadał na las, którego część boczną zajmowali honwedzi. Podpułkownik śmigły wysłał zarazu jeden pluton w celu zabrania jeńca. Za nim poszła czwarta kompania, która rozpoczęła atak ku drodze w głębi parowu. Wysłany pluton wziął 84 jeńców, kompania czwarta 120. Atak ten odbywał się oko w oko i pierś o pierś, jakby żywcem wyjęty z jakiegoś boju czasów napoleońskich. Grpupy sinych mundurów wdzierały się na górę, wnikały w las, otaczając szarych, ziemistych żołnierzy. Strzelanina szła nierówno, wybuchami, w miarę gwałtowniejszego spotykania się ataku i obrony. Szturm czwartej kompanii wytężył się ku nieprzyjacielowi okopanemu na drodze do Beradzia. Doszła ona na odległość 20 kroków przed okopy i tu, mającprzed sobą warczące karabiny maszynowe, zaś z boku obejście kolumny rosyjskiej, zmuszoną była cofnąć się. Kompania trzecia doszła jeszcze dalej bo na 15 kroków przed okopy, rozmach jej jednak musiał się zwinąć wskutek przewagi ognia. Kompania druga rezerwowa doszła w tym czasie do plutonu oskrzydlającego i utworzyła drugą linię, stale wzmacniającą tą pierwszą. Atak na las kozinkowski nie dopiął celu, bo na prawo od III batalionu nie udało się honwedom, walczącym z niezmierną brawurą, uczynić oskrzydlenia od północy. W ataku tym III batalion, zda się pewną śmierć szturmujący, nie rozkruszył się, opanował najzupełniej teren tak podstępnych pełen niespodzianek, nie cofnął się przed siedmiu karabinami maszynowymi, obsiewającymi frontatakujących i przyczynił się kapitalnie do tego, że wyczerpany nieprzyjaciel następnej nocy cofnął się. 23 maja po cofnięciu się Rosjan, zajęto poółnocną część pozycji kozinkowskiej, na której III batalion pozostał, strzegąc surowo tego miejsca, które tyle kosztowało trudów i krwi. Las kozinkowski doczekał w tej wiośnie nowego zasiewu. Zasiew ów nagle padł na ziemię i rychło wzeszedł i bieli się we dnie i błyszczy po nocach ramionami białych krzyżów brzozowych... 23 maja bataliony nasze, prócz VI-go pod kapitanem Fleszarem, sprzęgły się znów w jedną linię, zajmując samodzielny odcinek frontu, mniej więcej od Kozinka aż do wsi Kujawy. Jądro walki przeniosło się z powrotem na Przepiórów i Kamieniec. Koło południa przyszedł rozkaz ataku, w którym II pułk i I batalion I pułku brały udział aż do 3 godziny rano dnia następnego. Na lewem naszem skrzydle uerzyć miał pułk armii w stronę wsi Brzeziny, na prawem honwedzi szturmować mieli Garbowice i linie rosyjskie w prawo od Przepiórowa. Na odprawie II pułku pod kierunkiem majora Berbeckiego zapadło co do szczegółowego ataku: Batalion II-gi drugiego pułku kierować się będzie i brać Przepiórów, batalion I-szy Kamieniec. Oddział karabinów maszynowych poprze operacje I-go batalionu II-go pułku. Posuwając się mozolnie naprzód pod ogniem siedmiu karabinów maszynowych kompanie II batalionu okopały się o sto kroków od Przepiórowa. Kompania druga i trzecia skierowały się na okopy między Przepiórowem a Kamieńcem a Brzeziną. W gęstym ogniu nieprzyjacielskim, niosąc wielkie straty pułk II-gi trzymał się świetnie i stale parł naprzód, czekając aż skrzydła ataku rozprostują się do linii centrum i razem całym frontem uderzą. Koło godziny drugiej w nocy prawe skrzydło nacierającej lini zwijać poczęto - honwedzi cofali się na Garbowice. Lewe skrzydło, (zajęte przez pułki armii) nie mogąc skruszyć napotkanego tu oporu wroga nie poszło również naprzód. Przed murami Przepiórowa, z którego warczały ustawicznie karabiny maszynowe pozostało serce ataku - nasz II pułk. Nie poinformowana o poruszeniach honwedów kompania por. Kruka Czarnego, została otoczona przez Rosjan, tak, że dwie kompanie nasze zamiast szturmować z lewego skrzydła - musiały ruszyć na pomoc otoczonej kompanii. W ręcznym boju, jaki się tu wywiązał okazali młodzi żołnierze I Brygady nieustraszone męstwo. O godzinie drugiej w nocy przyszedł rozkaz zawieszenia ataku. Pułk II w zupełnym porządku cofnął się na dawne pozycje przed Konary. W bitwie tej wzięto do niewoli kilkuset jeńców rosyjskich, 2 karabiny maszynowe, utrzymano świetnie powierzone sobie pozycje, wykonano kilka ataków na największy podziw zasługujących. Zasługi! Zwycięstwa, powodzenia, straty! Nad bolesnym szeregiem strat skrzydło się rozwija i bije we wrota Sławy Narodu rzutem wielkiej chwały. W ogniu, w odmęcie pożarów, w rozgłośnym huku palby piechotnej, w trzasku strzelanych gałęzi, w szeleście zbóż, w grudzie rozpryskującej się ziemi zginęło wielu mężów, wiele cnót zgasło, wiele wdzięku podziało się gdzieś na zawsze w nicości... Niejeden się snop rozleciał, spłonął niejeden dom, serce pękło niejedno a oczy patrzeć przestały... Jeno, że to czas szczęśliwy wojenny, - ludzie mijają, szereg zostaje, życie się kończy a prawda jego rośnie... Konary sławne będą w dziejach I Brygady. Tu w młodem ciele ziemi kochanej oddanem, głebokie utkwiły korzenie... Na Konarach Sława kwitnie we krwi, póki czas nie nastanie, że z Konarów pędem bujnych gałęzi tryśnie życie i pokój jego szczęśliwy.

Rozdział IV: NABOŻEŃSTWO PO BITWIE



Trudno było zaraz po bitwie urządzić mszę polową, bo na to musimy z taborów wyciągnąć ornaty księdza Kosmy i przybory i na to trzeba we wsi ołtarz wystawić. Ale kto chciał, ten się wyprosił w niedzielę i szedł w słońcu w spiekocie przez te same pola, na których kilka dni temu śmierć gonił - do kościoła. Trzeba wiedzieć, jak taki żołnierz idzie miedzą, żołnierz nieduży, zboże mu sięga po pas... Jak idzie w swej maciejówce czy w ułańskim kasku przez ciszę pól... Tyle zadumy, tyle spokoju i słodyczy zdaje się otaczać jego postać, tyle starej wiary i głębokich ukoji zdaje się sunąć wokół niego, tyle trudu i tyle historji idzie z nim - i w nim przez pola niedzielą słońca rozjaśnione, - iż myślisz: on idzie i jeszcze jeden, idą dwaj - on żywy i pradziad jego gdzieś tu kiedyś poległy... On żywy i fioletowym cieniem przez zboża sunący pradziad zaziemski... Opowiadali nam, że jest tu jedna wieś, która się w 1863 roku powstaniu oparła, - zdradziła, a potem mór ją wytłukł... Przed kościołem już pusto, ludzie już weszli, słychać poważne tchnienie organów, jak falą ciężką przewala się z tonu na ton. Nawy w reparacji, rusztowania biegną aż pod powałę, pachnie wapnem i kadzidłem. W nawach pełno narodu wsiowego a przesiewa go dziś, jak zboże bławat i mak, - siwy mundur i rabat czerwony. Wsparci na szabli, stoją ułani z ramieniem w ostry kąt na kwasku przegiętym, stoją piechury, wytarta, niezłamana brać. Nabożeństwo się odprawia a ci, co tu chwastem wspaniałym wśród płowych chustek i szarych sukman stoją, za siebie tu są i za tych, którzy się na polach we wiecznym sen ułożyli... Kiedy moment przyszedł, z pod stropu z rusztowania gruchnęła pieśń świątobliwa i straszliwa!! Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratnej... Opowiadali nam, że jest tu jedna wieś, która się powstaniu oparła, zdradziła, a potem mór ją wytłukł... Tam, na deskach rusztowania, wyskok stał chór, zwarte legionistów Koło, zaś z tego pierścienia rycerskiego rwał głos potężny, niby z niebieskiej obręczy śródło jasności... Zaś chłopaczkowi wiejskiemu, co stał nisko w nawie zdawać się mogło, że pod strop kościoła przybieżeli nowi aniołowie, strojni i zbrojni, na szablach się jakichś archanielskich wsparli i grzmią głosem niezwyciężonym...

Rozdział V: PODWIECZOREK PO BITWIE POD KONARAMI



Zaś po bitwie zaraz wkopaliśmy się w ziemię. Wyszukało się linię z najlepszym obstrzałem i wojennym smakiem zaprawiło się okolicę przed nami. Tu będą miny, tam będą kozły hiszpańskie, a tam w okopie schowa się krwiożerczy pysk karabinu maszynowego... A żeśmy się już pobili do syta i krwią opłynęli, a żeśmy już śmierci sporo oddali, który to rachunek, jako że długi i powolny ziemia po woli wyrównuje, - niech bierze, bo nas stać!... A że nas radość sparła, bo umrzeć jest słodko, ale ze śmiercią u boku nie daleko, żyć jest słodziej... A że się nam potem wszystkim chce zawsze mocno jeść i dobrze pić i salonu się nam chce i pompy i aby było głośno, składnie i ładniepod czystym niebem na falującej, ciepłej sandomierskiej ziemi , więc II pułk urządził podwieczorek. Podwieczorek ów był inauguracyją kanty II pułku, ale był też wspaniałą ucztą i stypą i biesiadą weselną - na tych samych miejscach, gdzieśmy parę dni szli w ogień, a teraz są mogiły co krok, na nich krzyże, naboje - i fiołki... Jak ciemne krople uroczej wonnej żałoby... Bo tu sobie nikt nie zawraca głowy, jest uczta, uroczystości, a skoro nasza wojskowa, to bez miary! Cóżby się nie zmieściło w naszej uroczystości, chciałbym wiedziećś! Więc było tak prawie miło, jak może wtedy u księcia Józefa pod Lipkami, tylko że pań nie było... Ale co nam po paniach! I było prawie tak, jak za Kazimierza Wielkiego, bo się nasze wielkie stoły rozstawiały pod gołym niebem najczystszem na świeżej fali traw. Jak za Kazimierza Wielkiego, bośmy mieli czyste sumienie do tego podwieczorku. A komendant na pierwszym miejscu między nami, tak się sobie rozsiadł, jak u Pana Boga za piecem, wygodnie i dostojnie... Jak za Kazimierza Wielkiego, bo nam tak wokół stołów i jedy naszej pachniało polem i miodami łąki, bo nam tak słońcesprawiedliwie w twarz świeciło. Muzykę postawiliśmy zaraz obok chałupy. Potem balaski, potem krzaki i nasze stoły - jedno podziwienie pod wielką lipą, na której papier się bielił przybity z napisem: "Cześć Ci kochany wedzu!: Na stołach były kwiaty, całe bukiety, łapą żołnierza wiązane, wspaniałe wiechcie! Było też wino takie i siakie, herbata, rozmaite suchosći, jakoto orzechy, migdały, albertki, biszkopty - wielkie jak wiosła. Za stołem tuż, płynie zboże, wspina się na górki, jakichś 800 kroków i halt! To już linia... Ach linia i nieprzyjaciel - nie mam większego zmartwienia, jak nieprzyjaciel! Więc siedzimy i jemy. Brygadjer na pierwsze miejscu, ojciec wszystkiej naszej roboty, dalej szef sztabu, dalej panowie podpułkownicy, różne świerze majory, kapitany, porucznicy... Jest Tunguz, co wziął karabiny maszynowe, jest Rokita, jest Toporczyk. Co ci z nazwisk i osobistości i osób - czy to paciorki są, żebym je nizał jak na sznurekś! My jesteśmy! Wypisaliśmy sobie i do lipy przybijali: Cześć Ci kochany wodzu... Ktoś - My!... Co nam nam po pniach i po wszystkiem, chodście zobaczyć jak tu siedzimy kręgiem, słońce nas grzeje, trawa kołysze - cicho, bo będzie mowa... Major Berecki peroruje. Składnie to powiedział, a krócej, niż na bankietach w stolicy... Jednem słowem, że do Brygadjera gadał - bardzo składnie... Wszyscyśmy dawno wiedzieli co powie, bo my wszyscy to samo... Ale dobrze, że powiedział - mowy muszą być... Siedzimy za białym stołem w morzach złotości i wiosennej krasy, nad nami łaskawe przegony błękitu, za rowem niedaleko wróg, z boku wiatrak trzeszczy, czyją śmierć mieleś... Będziemy słońce pili, jak miód, w ten nasz żołnierski podwieczorek, jest wierny napis na lipie... Słuchaj adjutant, każ im grać walca, mój drogi! Grają walca, siedzi nas tu kilkudziesięciu, rozumiesz głupi, to jest w Polsce, my jesteśmy Polską, to nie jest żadna wielka chmurna rzecz, tylko rzecz, o którą się bijesz! Komendant mówi: Zcichliśmy wszyscy, Piłsudski stał już za stołem w szarym swym mundurze z iskrami słońca w głębokich, niebieskich oczach, z kielichem czerwonego wina w ręku, jakby z kielichem pysznej krwii... Mówi, że gdyby pułki swoje nazwał, toby II pułku i I brygady nazwał pułkiem warszwskim, jako, że bataliony w skład jego wchodzące walczyły pod tem miastem. Warszawo, Warszawo, czy słyszysz i wiesz, że idziemy ku Tobie przez tyle śmierci w takim trudzie i radościś!... Czewrień jęła powoli przesycać promienie słońca. Oficerowie śpiewali chórem: "Oto dziś dzień czci i chwały..." Ręce drżą lekko, jak światło, pręży się mundur na piersi, a w piersi tętni wielka miłość Ojczyzny, - jak dzwon...

Rozdział VI: GRÓB HERWINA



Idzie sie tu przez wieś, za sobą ostawiwszy rozfalowane, młode pola, schodzi się wiejską drożyną aż do parowu i zboczem w górę ku ścianie wielkich szumiących dębów. Po jednej stronie tej żywej, głośniej ściany spada brzeg, porośnięty wszelakim kwiatem zbłądzonym. Po drugiej płyną łany młode ku innej wsi, ku rozrzuconym wśród pól drzewom i jeszcze dalej ku temu smętnemu czarowi, co tai się za niedojrzanym brzegiem horyzontu. Na tle tej ściany dębów, w szumie, w tchnieniu drzew tęgich i czcigodnych, jakby w oddechu bezmiernego spokoju i powagi wznosi się biały krzyż z zawieszonym przez ramiona wieńcem uwiędłego bzu. Tyle bezbronnego żalu jest w tych ginących cicho bzu gałęziachi tyle czułości, - bo okwitnąć trzeba, minąć, przeminąć, a nikt przecie, jako żywy kwiat za grób nie dojdzie... Pod krzyżem mogiła z darniny, około niej brzozowe balaski, opodal takaż ławeczka z biało-srebrnych pni, iżby tu można było przyjść, siąść i głowę na ręku oparłszy i oczy utkwiwszy w niebieskiej błękitu pamięci - myśleć, dumać... śnić się tu może jakaś urna przeczysta, z której płyną zdroje zasługi świetnej i płyną i toczą się w nieskończoność... Tak więc w tem ogrodzeniu białem, jak w białej kołysce, leży mogiła, na niej kilka naboi i jeszcze kwiaty powiędłe. W dół na zbocze pada błam świeżo wzruszonej gliny. Naprzeciw krzyża i potężnej ściany dębów występuje biało-pienna brzózka, jedna, jedyna wśród tych drzew, lekko wiotkimi warkoczami ciężkie liście dębów głaszcząca. "Tu leży Kazimierz Herwin (Piątek), kapitan Legionów Polskich, Brygady Piłsudskiego. Zginął pod Kozinkiem dnia 19 maja 1915" - odczytać można na małej drewnianej tabliczce, przybitej u stóp krzyża. Kazimierz Piątek-Herwin, syn malarza, urodził się w r. 1888 w Krakowie, tam ukończył gimnazjum i studjował filozofię. W roku 1911 wstąpił do Związku Strzeleckiego, w którym pracował bardzo gorliwie. W 1913 został komendantem szkoły oficerskiej, z końcem tego roku komendantem Okręgu Podgórskiego. Po wypowiedzeniu wojny Rosji, wyszedł z pierwszym oddziałem, jako komendant plutonu. W Miechowie dostał kompanię, a we wrześniu batalion VI. Pod Krzywopłotami batalion VI objął kapitan Fleszar. W grudniu otrzymał Herwin batalion I-szy pierwszego pułku. Z batalionem tym walczył pod Łowczówkiem gdzie był ranny 23.12. 31 stycznia 1915 r., jeszcze nie wyleczony, powrócił do Brygady, w kilkanaście dni póśniej otrzymał komendę nad batalionem V. Spokojny ten człowiek, nieustraszony komendant, zginął podczas szturmu swego batalionuw lesie pod Kozinkiem, wśród burzy i piekielnego huku kanonady, w potężnym zgiełku nieba i ziemi, rażony kulą w głowę. Nieprzytomnego znieśli żołnierze do wąwozu. Potem w męczarni i w nieprzytomności pogrązone ciało powieśli do wsi, wolno w mroku, drogą zawaloną przez strudzone okrutnym bojem oddziały... Na czarnem bezgwiezdnem niebie ważył się wciąż świst armatnich wystrzałów. Mieliśmy wszyscy nadzieję, że Herwin wyjdzie z tego ciosu, że natura jego taka tęga, zdrowa, sposób życia tak ogromnie prosty i wstrzemięśliwy zwyciężą. Tymczasem ciężko ranny zmagał się ze śmiercią aż go przemogła. Dnia 20.05 zgasł. Odbył się pogrzeb, najlepszy, na jaki nas wówczas było stać. Otwartą trumnę złożona na łące... Lud wiejski osypał ją kwiatami. Tu, ostatni raz, - dziwnie w zacisku śmierci dumna i wzniosła twarzHerwina patrzyła w niebo... Dzień był blady, powietrze huczało wciąż od wystrzałów. Wartę honorową trzymali przy trumnie ułani. Tu ostatni raz widziała twarz Herwina blask legionowej broni i jej dżwięk przezacny, tu brzmiał wokoło niego po raz ostatni... Oficerowie wieko przybyli, przepłynęła nad trumną pieśń - "Nie damy ziemi skąd nasz ród", - "Jeszcze Polska nie zginęła" - odegrali po trzykroć muzykanci. W pogłosie bojów z przed stu lat, w żalu i w harcie żołnierskich spojrzeń resztki tego, co duchem było i mocną dśwignią najdzielniejszych - zeszły w ziemię... Na tle rozłożystej ściany dębów, w oddechu ich szumiącym, rzekłbyś tchnieniem łaskawej piersi kołysany usypia Herwin na wieki, - zaś przed Nim pola biegną i złocą się chałupy i ciągnie się w dal to wszystko, - polska ziemia i ród - to wszystko, czego broniłtak mężnie... Zaś nad Nim bzu uwiędłego różańce, wśród dębów brzoza warkoczami wiejąca i wysoko, wysoko czułe pytania ślicznego głosu wilgi...

Rozdział VII: ŚMIERĆ PORUCZNIKA FRANCISZKA GRUDZIŃSKIEGO



Franciszek Grudziński (Pększyc) urodził się w r. 1890, do szkoły uczęszczał w Krakowie, studia uniwersyteckie odbywał w Krakowie i Lwowie (Politechnika). W r. 1905 należał już skautu, gdzie pracował razem z Małkowskim. Brał bardzo żywy udział w formowaniu się i rozwoju Drużyn Strzeleckich we Lwowie. Podczas wielkiej manifestacji przeciw rosyjskiemu konsulatowi uratował z tumultu ulicznego sztandar, zerwawszy go z drzewca. Pracował póżniej w Krakowie. W roku 1913 prowadził dwumiesięczny kurs zimowy w Rabce. Była w tej pracy ogromnie silna rzeczywistość, było też wielkie marzenie: Rycerzy śpiących w Tatrach pobudzić... Pracę wojskową rozumiał Grudziński, jak wyzwolenie z wszystkiego, co w Polsce jest niewolą... W r. 1913 został komendantem kompanii i zbrojmistrzem Drużyn Strzeleckich w Krakowie. W czasie wyruszenia pierwszych oddiałow polskiich do Królestwa, walczył w armii austriackiej przeciw Czarnogórze. Połączywszy się z szeregami I brygady, odbył cały szereg bitew. Był ranny pod Laskami. - Wiedziałem, że będę ranny i że nie zginę - mówi póśniej. - Jak długo będę Sprawie potrzebny, nie mogę zginąć... W bitwie pod Łowczówkiem znakomicie prowadził IV batalion. świetnie sprawował plac - komendę w Kętach. Żołnierz cenili i kochali młodego porucznika. Póśniej dowodził czwartą kompanią VI batalionu. Ranny w ostaniej bitwie i odwieziony di szpitala polowego, uciekł stamtąd, by jak najprędzej wrócić do oddziału. Powrót do szeregów Brygady I przyjęła jego kompania w nocy, leżąca w okopach, tak potężnem hurra, że rakiety poczęto świecić wzdłuż całego frontu, a zaniepokojeni Rosjanie wysłali patrol, który się dostał do niewoli. Dnia 3 czerwca koło godziny 11 w południe z okopów przed wsią Żerniki wyruszył Grudziński z dwoma żołnierzami na wywiad. Dzieliła go od Rosjan falista przestrzeń niewielkich wzgórz, okrytych żytem. Za temi wzgórzami i za zbożem ciągnie się wieś. A za rzędem chałup, za poczciwym grzbietem kosmatych poszyć ze słomy, strzelają z bujnej zieleni drzew szczyty wież kościelnych. Linie okopów kręcą się po obu stronach wsi, która jest tak jakoś przysłowiowo polska, piękna, w ciszy i cieniu między dwoma śmiertelnemi liniami śniąca... Bezradna w uroku wiosny, między dwoma żmijami na pożar skazana... - Marszczą się nad nią w upale sino-niebieskie wstęgi powietrza, a fioletowe kontury wież kościelnych obrzeża złota lama jasności. Czar w tem jest całe i wieki przeszłości i pogoda jakaś i woń dojrzewania i rozpacz słodka... Tędy, wśród zboża kwitnącego, - bo właśnie kwitło żyto, - szedł Grudziński z dwoma żołnierzami jakby wyzywając śmierć... Niedaleko od pozycji rosyjskich przed Modliborzycami, związawszy się z niemi strzelaniną przed frontem tej wsi prostym i kochanym, jak stara pieśń ludowa, - padł porucznik Grudziński na wonną falę kwitnącego żyta, rażony kulą w głowę. Już w czarne słońce śmierci patrząc, we krwii i salwach wystrzałów, już ślepy, - wychylił Grudziński swe zdrowie do dna, strzelając sobie w serce... By przyjść Grudzińskiemu z pomocą, komendant Fleszar rozpoczął bitwę. Wziął pod ogień ciężkich dział wieś, szturm ogniowy zarządzając na obu flankach. Dopiero pod osłoną tej burzy ognistej, szalejącej pod czystym blaskiem słońca w samo południe, udało się sanitarjuszom zabrać zwłoki porucznika. Drugiego dnia odbył się pogrzeb tuż za pozycją naszą w Baćkowicach. Trumnę wystawiono na wiejskim kościele. Okryto ją sztandarem narodowym, a przez skrzydła Orła białego biegła czarna wstążka żałoby. Zapalono świece. Jakby gromada złotych motyli obsiadła trumnę. Oficerowie, - żołnierze, - uroczyste śpiewy... Ramię w ramię - braterski splot kolegów, którzy trumnę ponieśli na cmentarz... Ksiądz kapelan Żytkiewicz przemówił, zadrżała we łzach warta honorowa, na ostatnią baczność, twarze kryjąca w dłoniach... Gdyśmy wyszli z cmentarza ku wzgórzu i pozycjom w głębinach wieczora, pod spokojnym ogromem fioletowego nieba płonęły stogi zboża, trafione jakimś wystrzałem. Zdało się więc: z żałoby wielkiej niszczeje i pali się zbiór ziemi... Zboże czerwonym kielichem płomieni ku niebu się wychyla... Zaś w kruży onej, tak zwiewnej i gorącej, oddaje ziemia duszę bohatera czułym i nieskończonym łaskom nocy...

Rozdział VIII: KWIECIŃSKI, DAROCHA, BAGNIEWSKI



Jakób Darocha podporucznik I Brygady zginął 23 maja w Żernikach, podczas szturmu VI batalionu, gdy szedł naprzód przed kompanią dla zbadania pozycji. Tak ginie większość naszych oficerów. Jest to już poniekąd wspaniałą banalnością... dla zbadania pozycji. Dla wynalezienia miejsca, w którem by jak najmniej strat poniósł szereg... Więc działo się to w maju, wśród najpiękniejszej pogody i rozkwitu nieba i ziemi. Z miesiąca marzeń przeistoczył się nam maj w miesiąc walki. Musi się stać - o coś my walczyli i ginęli, jeśli zapomnieć mamy krew na zbożu i mogiłę pośród łaki... Darocha urodził się w Sokołowie koło Rzeszowa, lat 26 skończyłby tego roku w lipcu. śmierć go jednak spotkała i zaczął inne lata, nieskończone nigdy w pamięci Narodu. Do gimnazjum uczęszczał w Rzeszowie, na Uniwersytecie (prawo) we Lwowie. Od początku wojny służył w VI batalionie I brygady. Założył był Związek Strzelecki w Sokołowie, tamże Koło i Czytelnię T. S. L. Bił się pod Laskami, Krzywopłotami, Łowczówkiem. Prowadził dalej pracę oświatową podczas wojny w szeregu... Urządził tu rodzaj lotnej szkoły dla analfabetów a najpilniejszym wyznaczał nagrody. Był komendantem swego plutonu i jego nauczycielem. Tak, jakby czasem to, co cały naród zaniedbał, wcielało się w jedną młodą pierś, w jedno gorące serce, - póki tego serca stanie i póki pierś, nie pęknie. Mieczysław Kwieciński (Oset) urodził się w 1893 w Kieleckim. Tutaj skończył handlową szkołę. W r. 1911 wstąpił do Związku Walki Czynnej. Należał - jako filareta - do tego grona młodzieży w Belgii, które odnowiło na emiracji dawne polskie tradycje. Jako porucznik dowodzący czwartą kompanią II batalionu II pułku btygady Piłsudskiego, zginął pod Przepiórowem 23 maja, w dzień Zielonych świąt po południu. Właśnie, gdy szukał dogodniejszej pozycji dla swej kompanii... kula przeszyła mu pierś, a wieczorem tego samego dnia zmarł w szpitalu polowym. Historja naszych bojów zapamiętała dobrze kompanijnego - Oseta. Lecz jak się ma stać, by wdzięk tego młodzieńca, jego łagodność i tak miłe obejście, ginęły bezpowrotnieś... Porucznik Oset, w czasie ataku II pułku I brygady na Małżyn, Beradś i Swojków, bardzo zręcznie prowadził swą kompanię. Udało mu się tak szczęśliwie przesuwać jej linie, że unikały stale morderczego ognia artylerji. Widzieli go wówczasżołnierze, jak stał pod drzewem i wymachiwał białym prętem, obłupanym z kory. Jest we zwyczaju, że się mali chłopcy bawią w wojnę, w różne dziwne przygody, a kijków takich świeżym sokiem ociekających, używają za miecz, berło, czy za znak dowództwa. Niechże się stanie, by za lat dziesięć, trzydzieści wiedzieli mali chłopcy, że porucznik Oset pręciną taką świetnie do ataku prowadził swą kompanię. Gdy na wiosnę łozę młodziutka z kory obedrą, niechże się stanie, by wiedzieli, że tak samo czyniły kiedyś ręce idącego w śmiertelny bój porucznika. Niechże się stanie, by się im, jak przykład nawinął wcześnie, już w chłopięcych zabawach, marzeniach o tej dawnej porze: - gdy wiklina sokiem wiosny opływa, a młody porucznik broczył krwią... Juliusz Bagniewski, podporucznik VI batalionu I brygady... Kurjer odjeżdża, trzeba spieszyć, by zdążyć oddać list... Znaliśmy Go wszyscy tak dobrze... Ale nie zdążę się dowiedzieć tych paru od - do... Na szczęście nie mieści się Bagniewski w datach i nieby one o nim nie powiedziały. Kurjer odjeżdża, trzeba spieszyć i tym sposobem skraca mi się ten niemożliwie bolesny obowiązek pośmiertnego wspomnienia. Bagniewski zginął w maju pod Wszachowem. Był z rodu tych polskich tułaczów, żyjących "jak ptak na gałęzi", pędzony buntu polskiego koleją z miejsca na miejsce. Chyba znał cały świat, - wszędzie próbował szczęścia i chleba... Na wielu gospodarczych sprawach życia Narodu znał się tak dobrze i głęboko, że niepodobna sobie wyobrazić, by miał w nich już nie wziąć udziału. Wiele serc tak miał bliskich sobie i oddanych, że niepodobna tej wielkiej odległości zrozumieć, jaka go od nich przedzieliła. Niema już między nami tego cierpliwego podróżnika... Zaś ja wciąż widzę Bagniewskiego - jak spoczywa na przydrożnym kamieniu, - opodal maszeruje kolumna piechoty, szara od kurzu i pyłu. W dali wszystkimi kwiatami wdzięczą się łąki... Widzę Bagniewskiego, jak zmęczony, siedzi w rozchełtanym mundurze na kamieniu, zdjął czapkę, ociera zgrzaną twarz - ...Już za nami nie pójdzie, nie wydąży, jeno złotem skrzydłem kurzawy marszu naszego przykryty czeka, póki wieść do niego nie wróci, że naprzód idziemy, zwyciężając...

Rozdział IX: ROZKAZ DZIENNY BRYGADIERA PIŁSUDSKIEGO



Żołnierze!

Kilkudniowe nasze boje pod Konarami były dla nas dotkliwe nie tylko ze względu na mnogość strat kolejowych, lecz i dlatego, że aniśmy walczyli złączeni, ramię przy ramieniu, ani też wyniki boju nie mogły cieszyć serca żołnierskiego. Od samego początku bojów, będąc w rezerwie dywizyjnej ulegliśmy częstemu losowi rezerw - zostaliśmy rozproszeni na szerokiej przestrzeni, idąc na podparcie poszczególnych części frontu. Najcięższe i najprzykrzejsze zadanie spadło na bataliony III i V, które stanęy na najbardziej zagrożonym terenie. Z dumą podnieść muszę zachowanie się wypróbowanego III batalionu, który w ciężkim boju i chaosie przez czas pewien był jedyną zwartą grupą na szerokim froncie. Trzeci batalion w najcięższych moralnie warunkach zachował się po bohatersku, znacząc obficie każdy krok swój krwią własną i wroga. Rozkazem niniejszym wyrażam wszystkim oficerom i żołnierzom tego batalionu głęboką wdzięczność w imieniu całego oddziału za dowód, że w najcięższych warunkach żołnierz polski, jeśli nie może wygrać boju, to honoru swego bronić potrafi. W szczęśliwszych znacznie warunkach walczył 2 pułk, nie rozerwany przez losy na części. I batalion tego pułku, biorąc udział w ataku na szosę Opatowską pierwszy doszedł do nieprzyjacielskich okopów, biorąc karabiny maszynowe i licznego jeńca, II batalion dał dowód niespożytej siły moralnej przy nieudanym ataku na Przepiórów, stojąc przez kilkanaście godzin w nadzwyczajnie silnym i blizkim ogniu nieprzyjacielskim i cofnąwszy się jedynie po otrzymaniu na to rozkazu. Pierwszy batalion 1-go pułku przy ataku na Przepiórów wytrwał wraz z II batalionem aż do odwołania, następnie zaś w brawurowym ataku na Kamieniec zdobył kilkaset jeńcó. Wreszcie VI batalion dotąd oderwany od macierzystego pnia, służbą swoją zyskał powszechne pochwały swych przełożonych. Boje, któreśmy zakończyli, by przejść na razie do względnego spokoju, zostawić muszą głęboki ślad w naszych umysłach. Były one dla nas doskonałą szkołą, właśnie dlatego, że wymagały one brdziej niż inne, by nieledwie każdy z oficerów i żołnierzy uczył się dososowywać swe działania, do działań otoczenia, a zarazem złożył dowód, że dla dobrego żołnierza niema położenia, z którego honorem wyjść nie można. Wśród mnóstwa bohaterskich czynów, dokonanych przez poszczególnych żołnierzy w czasie tych zmiennych co do szczęścia bojów, zaznaczyć chcę w swym rozkazie te, które na szczególne uwzgędnienie zasługują.
1. Major śmigły-Rydz, wziąwszy na siebie zadanie, najczęściej nie odpowiadające, ani jego stopniowi, ani zdolnościom, nie tylko sam wytrwał na stanowisku, niezwykle przykrem pod względem moralnym, lecz złożył w bojach o lasek Kozieniecki nowe dowody niezwykłego męstwa i spokoju przy największem niebezpieczeństwie. Majorowi przedewszystkiem przypisuję, że III batalion nie ugiął się przy spełnieniu zadania przewyższającego znacznie siły moralne przeciętnego żołnierza.
2. Podpor. Zygmunt Żarski-Radoński z III batalionu wykazał w boju o lasek Kozieniecki nadzwyczajną odwagę i sumienność pracy wojennej, stojąc ze swym plutonem a potem zastępując zranionego dowódcę kompanii na zupełnie otwartej pozycji w piekielnym i bliskim ogniu karabinów maszynowych wobec widocznej przewagi nieprzyjaciela. Sam rozniósł w ogniu amunicję wzdłuż lini ognia i rozdzielał ją pomiędzy żołnierzy. Wytrwał aż do otrzymania ciężkiej rany w głowę.
3. Podpor. Dorobczyński z III batalionu prowadził swój pluton w największym ogniu w kontrataku na nieprzyjaciela, który już się silnie okopał. Zdobył okopy, biorąc 84 jeńców z oficerem.
4. Podpor. Tunguz-Zawiślak z I batalionu 2 pułku w ataku na Swojków prowadząc prawoskrzydłowy pluton, z własnej inicjatywy skierował go przeciwko flankującym atakujący batalion rosyjskim karabinom maszynowym i porywając za sobą swych podkomendnych pierwszy wpadł do okopów rosyjskich biorąc kilkudziesięciu jeńców i 2 karabiny maszynowe.
5. Podpor. Kołodziejski z VI batalionu będąc opadniętym w nocy na forpocztach przez całą kompanię grenadjerów rosyjskich, poraniony wybuchem granatu (kilkanaście ran) wyprowadza placówkę dzielnym atakiem na bagnety do swego batalionu.
6. Sierżent Dańko Jerzy z I batalionu przy ataku na Przepiórów 23.05, będąc z sekcją na samym przedzie wziął szybkim atakiem na bagnety 1 oficera, komendanta służby wywiadowczej i żołnierza. 26.05 na czele 15 ludzi poszedł skrycie pod Kamieńcem do samych okopów rosyjskich, gdzie nie pokazując swej siły wezwał nieprzyjaciela do poddania się. Gdy zaś będący w okopach oficer rosyjski, komendant kompanii, strzelił do niego, nakazał garstce swych podkomędnych dać salwę do okopów, co miał taki skutek, że się nieprzyjaciel poddał w liczbie 150 żołnierzy i 1 oficera.
7. Podoficerowie Bernhard Bronisław i Wiśniowski Stanisław obaj z III batalionu wraz z wymienionym wyżej podpor. Dorobczyńskim prowadzili nieustanie pluton we wściekłym ataku na okopy nieprzyjacielskie - obaj legli śmiercią walecznych prawie u celu, przed poddaniem się Rosjan.
8. Sierżant II batalionu z pułku Brzozowski Zygmunt i szeregowcy Jagoszewski Marian i Urbanowicz Michał po przełamaniu przez Rosjan frontu w lesie Płączkowickim posłani na patrol we trójke wzieli w Woli Konarskiej jako jeńców 58 żołnierz rosyjskich, ścigających cofającą się linię 8 pułku.
9. Albin Stanisław, szeregowiec V batalionu dnia 21.05 przy cofaniu się batalionu został w okopie nie zauważywszy odwrotu innych, pod krzyżowym ogniem okopał się z dwóch stron, a gdy nadszedł patrol nieprzyjacielski z siedmiu ludzi, ostrzeliwując ich z bliska zmusił do złożenia broni i odprowadził jeńców pod ogniem nieprzyjacielskim do komendy pułku.
10. Lachor Jan, szeregowiec tegoż V batalionu, cofając sie przy odwrocie z Kozinka ostatni osłaniał celnymi strzałami odwrót swoich, a będąc zupełnie odcięty od swoich schował się w dole na ziemniaki, by po 24 godzinach spędzonych o głodzie przekraśc się z powrotem do swoich.
Wreszcie z przyjemnością wyrazić musze wdzięczność i uznanie dla sanitariuszy kompanijnych, którzy nie zważając na silny ogień nieprzyjacielskich, wszędzie pełnili swą ciężką służbę, płacąc na równi z innymi żołnierzami krwią własną dług OjczyĽnie. Specjalnie dziękuje sanitarjuszom VI batalionu Muszyńskiemu Kazimierzowi, Bielohawkowi Arturowi i Siemiginiewskiemu Antoniemu za nadzywczajny akt odwagi, gdy z pod okopów nieprzyjacielskich wyniesli, niestety już martwe ciało powszechnie szanowanego i lubianego kapitana Franciszka Grudzińskiego. Rozkaz niniejszy przeczytać we wszystkich kompaniach, szwadronach, baterjach, oddziałach karabinów maszynowych i wojskowych instytucjach podwładnego mi oddziału.

Konary, dnia 5.05.1915

J. Piłsudski, mp.